Sadomasochistyczne zapędy miłośniczki kina, czyli Walentynki i Pan Grey

Ten film mogliby puszczać więźniom, których chcą złamać... i co najdziwniejsze, takie słowa wypowiedziane z ust Twego najdroższego mężczyzny, w tejże chwili po prostu nie mogą być bolesne – w końcu to Ty jesteś sprawczynią tego całego zła, bo wybrałaś z walentynkowego repertuaru kinowego nieszczęsną historię państwa Grey...


Czy do końca ''państwa''? Przecież na zakończenie nie serwują nam wystawnego wesela, stołów zastawionych jedzeniem i tańczących ludzi. Podobno tak będzie, ale wycierpieć trzeba jeszcze kolejne dwa seanse (jeżeli takowe powstaną), natomiast w ramach wspomnianego jedzenia pojawia się motyw zmuszania kobiety do regularnego, narzuconego harmonogramu spożywania posiłków, i roztańczona panna Steele, która ni stąd, ni zowąd w pewnym momencie filmu wiruje po drogich parkietach 'penthausu', ale ostatnim, do czego można by porównać ten fragment, jest scena z Dirty Dancing. Mamy więc uroczy obrazek zakochanej pary, książę goni księżniczkę, a ona jeszcze nie wie, że spotkała bestię...
Czy jest więc jakieś sensowne wytłumaczenie, za którym mogę dzielnie ukrywać się po każdym wycelowanym we mnie pytaniu brzmiącym mniej więcej tak: Jakie licho Cię tam przywiodło? Mało to masz filmów do obejrzenia? Zamieniasz się w zdesperowaną kurę domową? Może Ty sama stosujesz jakieś sadomasochistyczne tortury wobec siebie i swojego faceta skoro chcesz Was męczyć tym filmem? A najgorsze z nich: Czy Ciebie coś po prostu nie p%#^@#$^?

Mogłabym się przychylić nawet do tych sadomasochistycznych skłonności, bo przeglądając moją skromną jak dotąd liczbę obejrzanych filmów, znajdzie się kilka pozycji, przed którymi, jak to mówią, ostrzegali rodzice, a prawdziwi przyjaciele radzili "bez alkoholu tego nie tykaj". Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by trzymać się jednego, całkiem wytłumaczalnego powodu, dlaczego punkt 19:00 stałam w korytarzu kinowym z popcornem pod jedną pachą, nachosami z ostrym sosem w drugiej ręce i z przerażeniem rozglądając się wokoło, by kalkulować w myślach czy premiera ostatniej części Harry’ego zgromadziła takie tłumy. Jedyna różnica jaką zauważyłam, to serduszka w kobiecych oczach - jak te z kreskówek – zamiast wielkich kapeluszy czarownic i plastikowych mioteł.

Proszę więc o rozgrzeszenie, bo ponoć to co mną kierowało uważa się za pierwszy stopień do piekła – ciekawość. Dla mnie to po prostu człowiecza natura, która czasami popycha nas w nieodpowiednim kierunku. Nie mogę jednak rzec, że żałuję, bo jak to mówią - trzeba przecież poznać wroga. 


Zawsze sceptycznie spoglądam na wszelkiego rodzaju ekranizacje i adaptacje, bo twórca znając wcześniej książkowy wzorze może najzwyczajniej popełnić jeden z ważniejszych błędów – nie pokazać czegoś co on wie, ale odbiorca niekoniecznie. Sęk w tym, by film był skonstruowany tak, aby nie pojawiły się żadnego rodzaju niejasności i wszelkie niepewności były rozwiane prędzej czy później. Tutaj pojawiło się więc potknięcie numer jeden albo po prostu umknął mi tak istotny szczegół. Otóż mamy styczność z dwoma przypadkami, gdy wszechwiedzący pan Grey pojawia się w tym samym miejscu co jego muza, natchnienie a najtrafniej mówiąc – uległa. U niewtajemniczonego widza mogą się pojawić obawy, że Anastasia jest cały czas śledzona, wstawia na instagram fotki z oznaczeniem miejsc, w których imprezuje albo jak wierny czworonóg nosi obrożę z GPS-em... a wystarczyło tylko dać do zrozumienia, że w rzeczywistości wpływowy pan Grey miał możliwość namierzenia telefonu swojej ofiary. Czy to by było taki trudne? Jedno dodatkowe zdanie obalające tysiące teorii osób, które nie odważyły się sięgnąć po książkę.
Film to przecież nie tylko fabuła a również gra aktorska, która czasami potrafi nawet powalić na kolana. W tym przypadku może się to okazać nawet całkiem prawdziwe, bo rola Dakoty Johnson dosłownie ścinała z nóg – można było zdrzemnąć się sekundkę albo dwie. Może to tylko moje uczulenie, które pozostało po przeczytaniu książki, ale główną bohaterkę ciężko jest tolerować – nieznośna i irytująca. Dajmy temu jednak spokój, bo nie pójdę w jej ślady, by męczyć człowieka przez ponad dwie godziny...
Jakby tego było mało, niektóre kwestie panny Steele czy pana Greya powodowały bardzo dziwną reakcję. Otóż chwila duszenia i zatykania buzi, żeby nie palnąć wybuchem śmiechu. Jestem prawie pewna, że musiały być to cytaty żywcem wyjęte z książki.  


Niektóre sceny były chyba nagrywane bez dubli, bo słynny moment, gdy nasza nieudolna bohaterka przewraca się i wpada do gabinetu przyszłego obiektu westchnień wygląda jeszcze mniej naturalnie niż reklama Play i potknięcie o próg. Czasami to moje potknięcia językowe są bardziej spektakularne.


Gdzie więc szukać dobrych stron? Można by zażartować, że na pewno nie w kolejnej części, czyli Ciemniejszej stronie Greya, ale jednak nie pozostanę niemiłosierną, zimną krytykantką.


Jest coś, obok czego nie można przejść obojętnie – muzyka w filmie jest krótko mówiąc doskonała. Stanowi dla mnie najmocniejszą stronę tego filmu, bo oprócz samego wyboru niezwykle chwytliwych kawałków, pokuszono się także o idealnie wpasowanie ich w odpowiednie fragmenty filmu. Jeżeli w ostatnim czasie miałabym sięgnąć w sklepie po jakiś filmowy soundtrack, to na pewno ten (halo? Nie obrażę się też za taki prezent!). Był tam jeden moment, w którym ciarki przebiegły  po moich plecach, aż pewnie poczuł je nawet miękki fotel i od razu alarmuję – to wcale nie była erotyczna scena. Tym razem to głos Ellie Goulding, którą wielbię od dobrych trzech lat sprawił, że na listę życzeń wpiszę lot helikopterem nad nocnym pejzażem miasta Seattle nucąc pod nosem Love me like you do. Nie chciałabym namawiać do przesłuchania tego kawałka, bo bardziej wolałabym do tego zmusić każdego czytelnika tej recenzji (i proszę bardzo, idealny przykład, że ten film jednak wpływa na psychikę). Polecam poddać się magicznemu głosowi Beyonce w nowej wersji Crazy In Love, niech Sia i kawałek Salted Wound buchnie z głośników a na sam koniec Beast of Burden od The Rolling Stones.
Gdy po samym wybuchu dyskusji o przedsięwzięciu zekranizowania 50 twarzy Greya przyszedł czas, na wyjawienie obsady, to szczerze przyznam, że nazwisko Jamie Dornan nie wzbudziło we mnie żadnych uczuć a nawet pozostało bez żadnego głębszego komentarza. Tymczasem ten pan okazał się jedną z pozytywnych stron filmu. Przystojny, pewny siebie, władczy i zarazem męski, czego niestety nigdy nie mogłam powiedzieć o roli Pierce’a Brosnan’a jako agenta 007. 

Nie pragnę jednak skupić się tylko na samym seansie, bo ostatnie jego minuty spędziłam z głową opadającą na ramię chłopaka – na szczęście obrałam dobry kierunek, bo wizja przyklejenia mojej twarzy do wielkiego ramienia czterdziestolatka w podkoszulku siedzącego obok - który jak skamieniały wpatrywał się w ekran, tak że w pewnym momencie pojawił się obawa, czy nie nastąpił jakiś zawał - była po prostu jeszcze mniej kusząca niż obejrzenie filmu do ostatniej sekundy. 

Ten dzień był bowiem jednym z tych, które pozwalają mi zwątpić w rozwój intelektualny – czy jakikolwiek! – naszego społeczeństwa. Przypomniałam sobie również, dlaczego nie lubię chodzić do kina... dlaczego w ogóle nie lubię przebywać w miejscach, gdzie pojawiają się większe skupiska ludzi. Otóż wzoru matematycznego na to nie znam, bardziej jest to pewnie związane ze statystykami dotyczącymi prawdopodobieństwa, ale fakt faktem, że pośród sali pełnej tłumu, która tonie w odmętach rozsypanego popcornu, zawsze znajdzie się jakiś niepoprawny osobnik albo nawet kilku. Bliżej mówiąc – hołota, czyli w jednym ze znaczeń słownika PWN ''ludzie zachowujący się ordynarnie''.
Niezaprzeczalnie tak było. Momentami nie wiedziałam, czy to Grey ma ze sobą problemy, czy ludzie głośno powtarzający jego kwestie, śmiejący się w momentach, które ani zabawne ani godne uwagi. Rozkrzyczane stado kilku samców, których nawet ich samice nie były w stanie uspokoić. Obok zakazów stadionowych powinny również istnieć te dotyczące kina. 


W tym niekrótkim podsumowaniu chciałabym nawiązać do początkowego cytatu, bo były to pierwsze słowa mojego chłopaka zaraz po pojawieniu się długo wyczekiwanych napisów. Nie od dziś wiadomo, że kobiecy sposób postrzegania świata różnic się NIECO od tego męskiego. Czy więc mogę powiedzieć, że film był słaby, poniżej krytyki, niezasługujący na sekundę z mojego życia i pierwszy w kolejce do spisu filmów zakazanych ze względu na... bycie beznadziejnym? 
I tak i nie. Wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby nie otoczka wokół książki i ekranizacji, jaką zbudowali nie tylko ludzie, ale również media. Ilekroć w różnych miejscach w sieci można było natknąć się na zagorzałe dyskusję, serwowano nam wspaniałe zapewnienia, że ta książka jest czymś "nowym, niebanalnym". Miała łamać granice a tymczasem to przeciętniak w ładnym opakowaniu. 

Nie ulega jednak wątpliwości, że film króluje nad książką. Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że twórcy oszczędzili niektórych, niegodnych uwagi momentów i ani razu nie usłyszeliśmy o ''wewnętrznej bogini''. Ten cytat padał w książce częściej niż słowo ''pierścień'' w trylogii Władycy Pierścieni. Film pozbawił nas jednak jeszcze czegoś – psychologicznej strony bohaterów, gdyż pomimo, że panie E.L. James bardzo chciała ją ładnie opisać, ale zrobić tego nie zdołała, to film nawet się o to nie pokusił. W gruncie rzeczy powstało zbyt długie porno z miłosnym wątkiem, kilkoma gafami i miernymi tekstami, ale otoczone wspaniałą muzyką. 

________________________________________________________________________________
Końcową opinię pozostawiam Wam moi drodzy czytelnicy. Dla mnie ten seans był jednym z tych, który wcale nie musiał odbyć się w kinie, a raczej w domowym zaciszu, z dala od rozkrzyczanego stada. Czysta ciekawość wygrywa jednak z człowiekiem. Mam tylko nadzieję, że nie skrzywdzę nikogo, kto przy mnie wychwalać będzie ten film pod samo niebo... 

What's your opinion?

  1. Za to ja na Pingwinach z Madagaskaru bawiłam się wyśmienicie. Podobnie, jak mój mężvczyzna, który okazał mi wdzięczność za to, że nie kazałam mu spędzić tego wyjątkowego wieczoru na przyglądaniu się poczynaniom pana Greya i pozwoliłam pornole oglądać w zaciszu domowym, a nie z wyżej wspomnianą przez Ciebie hołotą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pingiwny z Madagaskaru to i my z Damianem lubimy:)

      Usuń
    2. Spokojnie, pingwiny też obejrzę! Zawsze znajdzie się dla nich czas :D

      Usuń
  2. Ja kompletnie nie jestem przekonana do głównych bohaterów, ani ona mi nie odpowiada ani on... Patrząc na nich już jestem negatywnie nastawiona. Filmu jeszcze nie widziałam, ale mimo wszystko jestem go ciekawa (ach ta ciekawość!).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, za tę ciekawość przyjdzie nam kiedyś odpracować winy :)

      Usuń
  3. Zupełnie nie kręci mnie ten film i do kina się nie wybieram

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja mam zamiar iść. Z ciekawości. Ale za tydzień. Jak cała wrzawa przycichnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie to lepsze wyjście. Wychodząc z kina potknęłam się na schodach o buteleczkę setki. Niektórzy chyba nie mogli wytrzymać jednego seansu bez alkoholu...

      Usuń
  5. Książki nie czytałam, filmu nie obejrzałam ( i raczej nie obejrzę ), nie moja tematyka. Natomiast zaczęłam tego Greja nienawidzić ( film )- w historii kina nie było nigdy takiej nagonki jak na ten. Mam już serdecznie dosyć słuchania w radiu o Greju, czytania w internecie o Greju, oglądania na wystawach plakatów z Grejem. No matko. Podejrzewam, że ani ksiązka nie była literaturą wyższych lotów, ani film arcydziełem, więc tym bardziej mi się to nie podoba. Miałam nadzieję, że z dniem 14 lutego wszystko ucichnie, ale nie- kolejne części czekają do zekranizowania. Swoją drogą- który film nakręcony w dosłownie kilka miesięcy może być dobry? Rzadko, a nawet bardzo rzadko się takie zdarzają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam tak samo, z tym że ja próbowałam przeczytać książkę (pierwszą część), aby się przekonać skąd ten ogólnoświatowy zachwyt. Nie dałam rady dojść nawet do połowy, a czytać uwielbiam. Książka jest po prostu nudna i napisana prostym, nieciekawym językiem, postaci są dwuwymiarowe, brak sensu i konsensusu. Takie czytadło jak Harlequiny to ja mam gdzieś... Ale przynajmniej niektórzy przeczytali cokolwiek pierwszy raz od stu lat, więc jakieś pozytywy tego "dzieła" są. I absolutnie nie mam nic do osób, którym się podobało, po prostu mi nie podeszło i już :)

      Usuń
    2. Paula - dokładnie! Chcieli zrobić 'coś' byle to tylko było i ukazało się na Walentynki. Całe szczęście, że zbliżają się Oscary i można sobie obejrzeć naprawdę dobre filmy na poziomie. W najbliższych dniach wybieram się do małego kina OKF na dwa z nich. Tutaj na pewno będzie okazja do prawdziwych emocji.
      Nie Bieska - przebrnęłam przez wiele dziwnych książek, ale ta była po prostu... zwykła. Miałam lekką nadzieję, że napisała ją młoda kobieta, która dopiero rozpoczyna swoją przygodę z pisaniem. Byłam zawiedziona, że nagle zrobił się taki szum wokół niej i stanęła na półkach bestsellerów. Ale cóż poradzić, na szczęście są jeszcze ludzie, którzy pośród takich przeciętnych książek wolą chwycić za coś naprawdę dobrego - chociażby za klasykę.

      Usuń
  6. A "święty Barnabo!" było? :)

    Co do tej hołoty i zakazów kinowych - zgadzam się. Dlatego chodzę rzadko, a jeśli już - na pewno nie na premiery.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na moje i innych szczęście - nie :D

      Cieszę się, że w moim mieście są jeszcze takie kina jak OKF, gdzie grają może mniej znane filmy, ale kultura jest na najwyższym poziomie. Jutro wybieram się tam na 'Grę tajemnic' :)

      Usuń
  7. Polecam Ci serial "The Fall", gdzie główną role gra właśnie J.Dornan oraz Gillian Anderson - tam jest dopiero popis jego aktorstwa;) Filmu nie widziałam, książki nie czytałam - nie moje klimaty;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wczoraj przemierzając przestworza Filmwebu wpadłam właśnie na ten serial! Dodałam go do kolejki i jak skończę Dextera, to pewni sięgnę po niego :) Dziękuję!

      Usuń
  8. Nie oglądałam tego filmu, ale przyznam, że gdybym miała taką okazję zobaczyć go w necie, to bym ją wykorzystała ^.^

    loveanimalsi.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo, że zawsze lepiej zobaczyć film, żeby go później móc ocenić :) Tak samo zrobiłam z 'Nimfomanką' - przeczekałam cały szum i obejrzałam w domowym zaciszu. Cóż, również mnie nie urzekł a nawet wzbudził bardzo negatywne uczucia.

      Usuń
  9. widziałam ten film, czytałam książkę i muszę przyznać że dało się z tej książki zrobić dobry film tylko trzeba było wybrać lepsze dialogi, a po za tym muzyka świetna i świetnie zagrany główny bohater

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sam pomysł jest genialny! Tylko trzeba to jeszcze dobrze ubrać w słowa, odpowiednio zagrać... tutaj jednak starano się zrobić film 'na szybko' byle był, byle zdążyli na Walentynki. Szczerze mówią to pewnie i ze wszystkiego zrobiłoby się 'coś', ale tutaj niestety od samego początku zapowiadało się, że za dużo czerpać się będzie z książki. Czasami lepsze są adaptacje niż ekranizacje, niestety...

      Usuń
  10. Magic Mike (czy jakoś tak) był dużo gorszy, a Kac Wawa to już w ogóle, po obejżeniu tych filmów na Greya patrzę łaskawiej:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja natomiast stwierdzę, że Magic Mike podobał mi się znacznie bardziej! Już tłumaczę dlaczego... Grey miał być filmem o zabarwieniu psychologicznym, gdzie powinna być jakaś głębia, moment zadumy nad jego osobowością... a wyszło co wyszło. Magic Mike był z góry nastawiony na zabawę, przygłupie teksty i widok gołych klat mężczyzn. Ten film nawet nie miał aspirować na 'coś wyższego', natomiast Grey tak. A Kac Wa-wa? Tutaj nie przebrnęłam nawet przez cały film.. po prostu nie na moje nerwy :D

      Usuń
  11. Buuuu... Crazy In Love w nowej wersji jest dla mnie do zakochania, ale tylko w wykonaniu Sofii Karlberg. Beyonce w tym wypadku jest ciężkostrawna. Za to Sia, Ellie, wielkie L.O.V.E <3 Soundtrack jest magiczny i chociaż zamieniłabym Bejoncej Sofią, to słucham tego albumu na okrągło :)

    Ps. Filmu nie oglądałam :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popieram całkowicie Twoje zdanie muzyce :) Z początku miałam nadzieję, że to piosenka Sofii znajdzie się na płycie, byłam nawet tego pewna... ale cóż, Beyonce jest w gruncie rzeczy do zniesienia, ale nie dorównuje nawet Ellie! :)

      Usuń
  12. Ja do kina się nie wybieram. Wolę najpierw dokończyć przeczytanie książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również tak zazwyczaj robię! Wyjątkiem był Wilk z Wall Street :)

      Usuń
  13. Ja po przeczytaniu książki postanowiłam przeczekać ten cały szum i obejrzę film w domowym zaciszu :) Książka mi się podobała, ale całe szczęście że w filmie nie ma nic o wewnętrznej bogini, bo bym oszalała :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ani o Świętym Barnabie! :D Całe szczęście żadne myśli A. nie są ujawniane... Tutaj raczej pozostawia się interpretacje widzom i jest to zdecydowanie lepszy zabieg :)

      Usuń
  14. A ja jestem z tych, którym się podoba i książką i film :)
    i tak jak Ty widząc ten ogrom ludzi w kinie stwierdziłam, że nawet na Harrym Potterze nie było takich tłumów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorsze jest jednak to, że na Harrym było dużo młodzieży... i tutaj też. Nie wiem jak, ale na ten film udało się wejść nawet czternastolatkom...

      Usuń
  15. Ja byłam w kinie i film mi się całkiem podobał. Z pewnością obejrze kolejny raz, gdy tylko będzie już w internecie.. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się więc, że Twój wieczór był udany :)

      Usuń
  16. Jestem na nie. Przeczytałam książki i szczerze mówiąc, na początku byłam zafascynowana, ale potem jakoś mój entuzjazm opadł, bo po drodze zdążyłam przeczytać parę duuuuużo lepszych pozycji. Do filmu mnie nie ciągnie, wybór aktorów jak dla mnie jest żenadą i już po zwiastunach widać, że to są jakieś drewna :D Obejrzę sobie w necie, bo szkoda mi na coś takiego wydawać kasy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli stanęłyśmy po tej samej stronie barykady! :)

      Usuń

INNE KATEGORIE WPISÓW

Najpopularniejsze w ostatnim czasie