Mamo, mamo – chcę być superbohaterem! - Wierzcie lub nie, ale po dobrze wykonanej, marvelowskiej robocie, właśnie takie komentarze usłyszycie wychodząc z kina. Poznajcie więc superbohatera, którym nie chcecie być i film, na który nie zabierzecie dziecka. Nakręcony przez jakiegoś głąba, wyprodukowany przez palantów, a wystąpił w nim boski kretyn. Dzięki Bogu chociaż scenariusz napisali prawdziwi bohaterowie. Brzmi zachęcająco? Powinno!

Ekstrawagancka Blog Kultura

By rozpieścić nieco zmysły fanów kinematografii, na blog powróciła seria wpisów o filmach, które warte są obejrzenia nawet w wersji reżyserskiej oraz tych, na które szkoda maślanego popcornu. Z rozmachem jak trylogia filmów o hobbicie, z niezrozumiałym humorem zaczerpniętym od reżysera Pulp Fiction oraz wielką nadzieją, że nie wynudzicie się jak na 50 twarzach Greya...  Akcja!

,,Nie chciałem być super, a bohater ze mnie żaden’’. Typowy cytat filmowego herosa. Brzmi pospolicie. Ileż to razy usłyszeliśmy coś podobnego w monologach bohaterów, którzy dźwigają na barkach ciężki los ratowania ludzkości. Chcą być zwyczajni, ale nie mogą. My, widzowie, właśnie tego oczekujemy. Oni chcą być jak my, tymczasem my fantazjujemy o nich – pragniemy młota Thora, kaloryfera Hulka, zwinności Czarnej Wdowy, a jeszcze bardziej kuszą cięte riposty Starka. Ale kto chciałby być bohaterem, który przeciwnikowi wyciąga gacie ze spodni, mieszka z niewidomą fanatyczką skręcanych mebli a żeby nie dać się spacyfikować marvelowskim postaciom, jest w stanie pozbawić się jednej kończyny i pozdrowić ich środkowym palcem. Ostrzeżenie ,,nie próbujcie robić tego w domu’’ nabiera nowego znaczenia. Bohater to czy szaleniec? Jedno i drugie, dlatego tak sprawnie w rolę Wade’a Wilsona wcielił się Ryna Reynolds. Grał już wiecznego studenta, mieszkańca nawiedzonego domu, a jako Jerry w filmie ,,Głosy’’ rozmawiał nie tylko ze swoimi pupilami, ale także z umieszczoną w lodówce głową zamordowanej współpracowniczki. Koleś naprawdę wie, co to znaczy być odmieńcem! Chociaż pewnie Ryan wolałby, abym przemilczała ten fakt, to nie omieszkam wspomnieć, że zobaczyliśmy go już w roli superbohatera. Green Latern – tam również nie było super. Tym razem dosłownie. 

Nie jest i zarazem jest to kolejny marvelowski film. Nieco to skomplikowane, bo w tym wydaniu pałeczkę przejęli fani. To oni w napisach początkowych określili się pieszczotliwie mianem twórców scenariusza, mieszając przy tym z błotem pozostałych autorów. Z nimi się jednak nie dyskutuje. Zapragnęli wprowadzić na ekran postać, która będzie unikatowa, niepowtarzalna i… bezczelna. Z pozoru wszystko wygląda przeciętnie – były żołnierz oddziałów specjalnych, zakochany na zabój w byłej tancerce klubu Go Go. Sielskie życie, do czasu wyroku. Rak. Dokładnie mówiąc płuc, wątroby, prostaty i mózgu. Ale Wade Wilson potrafi skwitować to jedynie komentarzem – a co tam. Przecież mogę bez nich żyć. Rzeczywiście może, bo chwilę później zostaje zwerbowany do tajnego projektu, wedle którego jego życie może zostać uratowane. Warunek jest jeden – nadprzyrodzona zdolność rodem z filmów X-Mena. Szansa na przeżycie to nie jest jednak darem od losu. Wade dostaje drugie życie, ale w nie takiej skórze, jakiej oczekiwał. Nieśmiertelność nadchodzi tuż po śmierci. Czas na punkt kulminacyjny – zemsta na ludziach, którzy stworzyli go na nowo.

Krew tryska jak w filmach Tarantino, efekty specjalne rodem z ostatnich części Transformersów, a na dodatek narracja, która porywa oglądającego. Wade zwraca się wprost do kamery, zatrzymuje ujęcia, by dodać jakiś kąśliwy komentarz. Gwiazdorzy, popisuje się i nie zamierza przestać. Raczy widzów muzyką, której się nie spodziewają. Albo elektryczne brzmienia, wpasowane w rytm wybuchających głów przeciwników, a chwilę wcześniej czołówka ze słodkim głosem Juice Newton w utworze Angel of the moring. 

Tim Miller – na pewno nie znacie. A jak znacie, to po prostu jesteście już po seansie Deadpoola. Żeby przybliżyć dorobek tego reżysera, pozwolę użyć sobie cytatu. Niebyle jakiego, bo nikt nie zna się na kinematografii tak dobrze, jak użytkownicy portalu Filmweb - Co trzeba zrobić żeby nie reżyserując właściwie nic dostać angaż jako reżyser komiksowej megaprodukcji? Odpowiedź znalazła się równie szybko. Wystarczy mieć dobre CV. A przynajmniej takie, w którym możesz pochwalić się animacjami do gier pokroju Star Wars, Thor czy Mass Effect 2. Zaskarbiłeś sobie miłość graczy i fanów dobrego kina? Dostajesz w gratisie talon na zrobienia pełnometrażowego, wizualnego arcydzieła. 

Jeżeli ktoś pragnął kiedyś streścić popkulturę ostatnich lat, która w znacznej części nawiązywać będzie do komiksów i dzieł Marvela, to właśnie się to dokonało. Dedpool zebrał to wszystko do kupy, a później potraktował jak największego wroga – zmiażdżył ironią. Nie brakuje kpiny z największych filmowych hitów, wciąż w tle przekradają się postacie znane z X-Mena, a nasz bohater zdaje się jako jedyny nie pasować do całego obrazka. Każda kolejna scena przesiąknięta jest wulgarnością, cynizmem i wszystkim tym, czego tak bardzo staramy się wystrzegać w dorosłym życiu a co tak bardzo kochamy w czarnej komedii. 

Produkcji zarzuca się gimnazjalny humor, niezgodność z komiksem, określa się ją również walentynkową zemstą na płci żeńskiej. Na szczęście coraz więcej osób dostrzega w tym filmie coś więcej, niż szczeniacki zagrywki Wade’a. Nie wszystkie prześmiewki z popkultury mamy podane na tacy, chcąc nie chcąc trzeba ruszyć głową. Wreszcie odcinamy się także od stereotypu bohatera, który co prawda posiada pewną skazę, ale na tyle niewidoczną, że zapominamy o niej już w dziesiątej minucie filmu. Deadpool to przykład chama rozkochującego w sobie kobiety. Chce by go nienawidzić, a w rezultacie płeć piękna piszczy na jego widok, a mężczyźni go podziewają. Film jest niedoceniony. Dwie nagrody i sześć nominacji za kawał dobrej roboty. Tak to wygląda z tej oficjalnej strony, bo kto tak naprawdę może dostrzec piękno filmu? Fani. Aktualnie film utrzymuje się tuż za pierwszą pięćdziesiątką najlepszych filmów według ocen użytkowników Filmweba. Pewnie dlatego Wade wróci w nowej odsłonie już w następnym roku…