Ukryć się nie da - dzisiejszym tematem będą świece. Polskie Świece! Ale nie będzie to przydługa, nudna relacja z zaplecza parafinowych rafinerii. Zaszczyt mnie kopnął niemały, zobaczyłam ten światek od nieznanej wielu osobom strony. Warsztaty, prawdziwe warsztaty z tworzenia białej rozkoszy, którą tak wdzięcznie później wdychamy. Chociaż nie do końca było pachnąco, to wciąż kusząco. Na chwil kilka ubrałam zielony fartuszek, zakasałam rękawy a nawet i ostre narzędzia poszły w ruch. Obyło się bez wylewu krwi, chociaż parafina lała się strumieniami. Ofiary również były - kosmyki włosów zatopione w nowym lampionie... No to jak? Gotowi? Zapalcie kaganek i ruszamy. 


Słowem wstępu, a może i całym akapitem, wypada wyjaśnić cóż to się stało, że w podróż się wybrałam. Pierścienia nie niosłam, za wspinaczkami górskimi także nie przepadam a dodatkowo cierpię na pewną niegroźną przypadłość - straszny ze mnie leń. Tyczy się to głównie dalekich wypraw po naszej ojczyźnie, dlatego mocnych argumentów trzeba, bym dobrowolnie wyściubiła nos poza próg.

Jesienna edycja Secrets of Beauty! A tu proszę - nawet sama się zgłosiłam. I wdzięczność ma wielka wobec Michała, bo dołączyłam do najwspanialszej ekipy, jaką mogłam sobie tylko wymarzyć. Spędziłam cudowny weekend nie tylko ucząc się nowych rzeczy, leniąc się w górskim hoteliku Zacisze, ale przede wszystkim - ciesząc się z towarzystwa na medal. Albo na pięć medali, bo tyle przyznałabym w pierwszej kolejności. Zanim jednak do Węgierskiej Górki dojechałam, zrobiłam przystanek w Katowicach. Bo tam, twórca Polskich Świec i właściciel strony hurtowniaswiec.pl. - pan Jacek - powitał nas gorąco i porwał na kilkugodzinną, pachnącą przygodę.


W jaskini lwa...

Gdyby ciekaw był ktokolwiek, gdzie te wszystkie pachnidła powstają, to śpieszę w wyjaśnieniem - na południu Polski. A jakby tak o sprecyzowanie prosić, to celować trzeba w okolice Katowic. Tam, w budynku całkiem sporych rozmiarów znajdziemy nie tylko pomieszczenie wypełnione po brzegi świeczuszkami, woskami, lampionami, kominkami (i wszystkim czego dusza zapragnie powąchać), jak i również  miejsce na biuro i pokój parafiną i woskiem płynący!

W tym ostatnim rozgościliśmy się my - weseli uczestnicy warsztatów. A było nas Nas całkiem sporo! Na czele nieustraszony Michał, przywódca i mentor, którego znać możecie z bloga Twoje Źródło Urody. Nie zabrakło Angel - czarującej swoim głosem zarówno w filmach, jak i rozpieszczającej słowem w swych zakątkach Kosmetyków bez Tajemnic. Była i Czarszka - śmieszka jakich mało, której zresztą wiązałam 'fartucha'! Dobrusia, wokół której dosłownie roztacza się aura ciepła, dlatego koniecznie zajrzyjcie na jej blog - Dobrulbloguje. Magdy nikomu chyba nie muszę przedstawiać, bo jej biała jak kreda cera i piękne usta Królewny Śnieżki znane są świetnie w blogosferze - cała ta nasza Mazgoo! Nie mogłabym pominąć Margarety z Life in Colour i jej uroczego uśmiechu - szerze polecam jeden z jej ostatnich wpisów na temat konfliktu Pat&Rub i Naturativ. No i Gosia, z którą zamieniłam ledwie kilka słów i już teraz mogę zaprosić na jej bloga Esy, Floresy Fantasmagorie i wpis o warsztatach! 

Tak oto z czwórki chętnych na warsztaty, zrobiło się Nas sześcioro a chwilę później siedmioro. Gdyby liczyć jeszcze towarzyszy, to nasza gromadka była jeszcze większa, a na czele zawsze dwie urocze mordki jamniczków - Marysi i Krystyny, ale je musicie odnaleźć już na filmie!


Polskie Świece, świecunie, świeczuczki...

Jeżeli myślicie, że rodzajów świec jest naprawdę wiele - to dopiero w siedzibie Polskich Świec moglibyście się przekonać, jak bardzo się mylicie. Ich jest od groma! W każdym rodzaju, kolorze, kształcie, o każdym zapachu, z różnym knotem, naklejką, w cudacznej formie... Głowa pęka i to nie od łączących się ze sobą aromatów. Właściwie - dla pana Jacka nie ma rzeczy niemożliwych, ogranicza go tylko wyobraźnia, a patrząc na dostępne świece jest ona naprawdę bujna. I dobrze! Żeby robić coś dobrze, trzeba nie tylko samozaparcia, talentu, ale także miłości do tego, co się robi. 

Hurtownia Polskie Świece

Wspomnieć o tym warto, bo w Hurtowni Polskich Świec znajdziemy nie tylko dzieła pana Jacka, ale także inne produkty, które pokochały świecomaniaczki. Są więc słynne woski Yankee Candle (jasne, musiałam kupić przynajmniej trzy sztuki, bo ,,hipnotyzowały'' mnie swoim zapachem), ale także kominki, na których warto dłużej zawiesić oko. Coś o tym wiem, bo jedne wrócił ze mną - wymarzony, wypatrzony i w przyzwoitej cenie. Zrobię z niego bohatera jakiegoś sobotniego wpisu - zdecydowanie na to zasłużył! [Więcej informacji]



Gdy już przestałam błądzić po sklepiku i w głowie stworzyłam listę - co to chce kupić i bezwzględnie jest mi potrzebne - podreptałam na część główną, czyli warsztaty. Cyk, cyk, cyk - zegar wybił odpowiednią godzinę, drzwi stanęły otworem... a my staliśmy jak wryci, bo w ciemnym pomieszczeniu migotały dla nas świece. Gdybyście to widzieli... wszyscy wyskoczyli z aparatami, telefonami, kamerami. Uroki XXI wieku, no ale jak tu nie chcieć upamiętnić takiej chwili? Gdy już odrobinę zapchaliśmy nasze karty pamięci, pan Jacek zrobił jeden pstryk i oświetlił nasze nowe stanowiska pracy. Można się było rozpychać łokciami, tańczyć i się gibać - pamiętając tylko, by nie podpalić nowego, zielonego fartucha. No i zaczęło się... 


DIY - Jesienny lampion 

Szaro, buro i nijako. Podobno tak bywa jesienią. Ale jak w to wierzyć, gdy na warsztatach udało nam się stworzyć takie kolorowe cuda? Czerwona korale, czerwone niczym wino! A nie, nie... to tylko czerwone cuda natury, które pan Jacek chyba zbierał o świcie, gdy jeszcze mgła hulała nad polami. Braliśmy co znaleźliśmy i upychaliśmy w nasze przyszłe lampiony. Laliśmy parafinę, wpychaliśmy do niej martwą naturę a później znów polewaliśmy. Gdyby były to dzbany pełne trunku - a nie parafiny - to źle skończyłaby się taka mocno zakrapiana impreza. Tymczasem zakrapialiśmy, ale nasze lampiony - różnymi barwnikami. U mnie dwa razy pacnął czerwony i teraz wiem, że był to traf doskonały. 

W rezultacie - chociaż wcale nie zapowiadało się kolorowo - przywiozłam do domu cudowny (i jakże ciężki) lampion. Na co dzień niepozorny - jakiś taki poszarzały, wielki, trochę pokrzywiony. Dopiero ukryta w nim świeczuszka odkrywa jego magię. Gdy zapłonie, przez delikatną warstwę parafiny prześwituje kilka napisów - taka pamiątka uwieczniająca ten kreatywny dzień. Widzę tam również mój nick i te wszystkie drobne elementy, które sama układałam i zatapiałam - listki, trawka, czapeczki żołędzi. 

Jak na zdjęciach widać - było masowanie, wciskanie, rolowanie, kąpiele w zimnej wodzie. Te lampiony to dopiero miały SPA. Jakie szczęście, że kilka godzin później my mieliśmy własne w hotelu Zacisze. Relacja niebawem! 


DIY - Zimowy lampion

Liście już właściwie spadły, gdzieniegdzie popadało trochę śniegu, więc co stało na przeszkodzie, byśmy pobawili się w tworzenie świątecznych lampionów? W końcu Lidl już dawno sprzedaje adwentowe kalendarze, więc i my zakasaliśmy rękawy, by zrobilić prezenty dla bliskich! A przynajmniej ja zrobiłam, bo mojego dzieła tutaj nie zobaczycie - trafił już w dobre ręce, jako zapowiedź wspólnie spędzonych wieczorów przy migoczącym świetle dwóch tealightów. A czy tym razem obyło się bez rolowania?

  • Na płaskim podłożu ustawiamy foremkę naszego lampionu. Powierzchnie musi być równa, by parafina nie wylała się spod foremki.
  • Do formy wlewamy dosłownie kilka centymetrów parafiny, by stworzyć solidną podstawę naszego lampionu (zdjęcie powyżej).
  • Czekamy, aż podstawa stwardnieje.
  • Zalewamy formę parafiną aż po same brzegi i pozostawiamy do zastygnięcia.
  • Po kilku minutach możemy podnieść naszą formę i wylać zbędną ilość parafiny (na ściankach foremki pozostanie już utwardzona parafina).
  • W rezultacie otrzymujemy lampion z podstawą i bocznymi ściankami o grubości 3-4cm.
  • Wewnątrz ustawiamy dwa (lub więcej) plastikowe kieliszki z tealightami (dostępne w ofercie). 
  • Dolewamy odrobinę parafiny, by zatopić podstawy kieliszków.
  • Możemy przystąpić do ozdabiania naszego lampionu. 

A swój tak przyozdobiłam, że do sprzedaży na odpuście jak znalazł! Trochę złota, srebra, latające renifery, wypadający z sań Mikołaj, własnoręcznie ulepiona choinka i księżyc. Tak mnie kreatywność poniosła. Chłopak nie płakał, jak przyjmował, więc uznam to za dobry znak. Któż wie, może dopiero budzą się we mnie umiejętności w tworzeniu świec...



Chociaż zakończenia z reguły bywają szczęśliwe, to ja tym razem mam jeszcze mały prezent. Taki tyci, tyci. A właściwie to nie ode mnie, a od pana Jacka, który postanowił rozpieścić rabatem, który będzie dostępny aż do końca roku. A mowa o darmowej wysyłce po przekroczeniu kwoty 50 zł (kod nie łączy się z innymi rabatami). Niby nic, a jednak przy poprzedniej takiej promocji wpadłam w szał zakupowy, co skończyło się całkiem sporym kartonikiem małych świeczek w słoiczkach. Bo i te polecam z całego serducha - są tanie, urocze, bardzo wydajne i w razie czego nie mamy wyrzutów sumienia, gdy nie trafimy w kompozycję zapachową. 



Oddałam fartucha, chociaż nikt mnie nie wyganiał. Ten piątkowy poranek (który przerodził się szybciutko w późne popołudnie) umknął mi tak szybko, jak wypalają się malutkie tealighty. Obyło się jednak bez łez, bo wszyscy wiedzieliśmy, że nasza przygoda z Secrets of Beauty dopiero się zaczyna. Zapakowaliśmy manatki (z trudem) usadowiliśmy się w naszych limuzynach i pojechaliśmy dalej. Na południe...

A czy Wy wyobrażacie sobie życia bez pachnących świeczek?