Na myśl o zimowej kosmetyczce, zaraz przypomina mi się moja ulubiona, czarna saszetka, która stała się nieodłącznym elementem codziennego bagażu. Krąży i migruje jak niechciana, między jedną torbą a drugą. Mówię na nią 'little beauty bag', bo taki też napis się na niej znajduje, tuż obok pięknego rysunku mojej idolki a zarazem kobiety, którą uważam za ikonę stylu i kobiecości - Audrey Hepburn. Zawartość kosmetyczki jest tak samo zwariowana jak Holly ze 'Śniadania u Tiffany'ego'. Każdy kto mnie zna, opanowałby sztukę określania pory roku tylko po zawartości tej niewielkiej saszetki. Latem chociażby nie może tam zabraknąć orzeźwiającej mgiełki i czekoladowej pomadki. 


USTA

Zimą bowiem jest tam produktów najwięcej, a jeden z nich to nieodłączny element. Najpierw był to kosmetyk, który wytwarzałam sama i szczyciłam się tym bardzo! Rzec by można, że na siłę wpychałam go do każdego prezentu pod choinką, by moi bliscy cieszyli się z niego równie bardzo jak ja. Ostatnio jednak niepozorne pudełeczko, które zamawia się w oczekiwaniu na miłe zaskoczenie... naprawdę mnie zaskoczyło i to w ten najprzyjemniejszy dla człowieka sposób. Chodzi o listopadowy ShinyBox. Wcale nie jest to rzecz, która kosztuje górę złotych monet czy wielka jak choinka świąteczna. Pachnie jednak wakacjami i dba o moje usta każdego dnia. Tak tajemniczo opisany produkt.. to tylko i aż - peeling do ust! Malinowy, kokosowy... a ostatnio pomarańczowy. Należę do osób, które zimową porą nie cieszą się zbyt długo piękną, czerwona szminką. Szybki peeling przywraca skórze ust zdrowego wyglądu a ja znowu mogę sięgnąć po wyrazistą pomadkę. Do tego nic nie jest w stanie dorównać słodkiemu, pomarańczowemu posmakowi. Można oblizywać się godzinami!


ZAPACH

Jak przystało na kobietę, lubię pięknie pachnieć! W moim otoczeniu to normalne, że biorą mnie za wariatkę! No dobrze, może nie wariatkę, ale osobę, która dosłownie zwariowała na punkcie wszystkiego co... amerykańskie. Hot dogi tuż przy Central Parku, eleganckie panie przechadzające się przecznicami Manhattanu i żółte taksówki przemykające im przed nosem. To jak choroba i uzależnienie, bo wszytko co związane z tym zwariowanym krajem kusi mnie i pociąga. Właśnie z tego powodu szukam, szukam i... wciąż szukam - perfum w amerykańskim guście zapachowym. Kiedyś w głębi duszy skarciłam się za swoją niewiedzę w tym temacie '-To jak to? Ja nie wiem co to znaczy mieć amerykański gust? Może do tej pory zdradzałam Amerykę mając gust francuski!?'. Chwilę później już wiedziałam... wiedziałam, zrozumiałam a nawet rzec można 'pojęłam' a jeżeli dla Was jest to równie interesujący temat, to z wielką chęcią zaproszę do wpisu Edpholiczki (o tutaj!). 
I chociaż mój gust tak naprawdę jest bliżej nieokreślony, to teraz jestem pewna, że ten zapachowy mógłby być tym amerykańskim. Tymczasem mogę ruszać do NY... albo Las Vegas.... czy gdzie tam mnie mój amerykański sen poniesie, bo w mojej kosmetyczce znajdzie się miejsce na maleńką próbkę, która swoim zapachem przypomina to, co w USA kocha się najbardziej! 


ekstrawagancka