Dobry film najlepiej smakuje z kubkiem herbaty, przygaszonym światłem i ciepłym kocem. Kiedy człowiek ma okazję odpocząć od codziennego zgiełku i rozsiąść się wygodnie przed wielkim ekranem, który już za chwilę zaserwuję barwną serię obrazów, to niewiele potrzeba by uznać ten błogi odpoczynek za udany. Gdy liczba obejrzanych filmów zbliża się niebezpiecznie ku oszałamiającej liczbie 900, czasu mniej  a wymaganie wzrastają - wtedy zderzamy się ze smutną rzeczywistością i zdajemy sobie sprawę, że coraz trudniej odejść nam od szklanego ekranu z chusteczką przyłożoną do kącika oka, gromkim śmiechem czy spojrzeniem pełnym zadumy.

Z przykrością muszę stwierdzić, że mnie również to spotkało, a jako wiernego fana ekranizacji i pochłaniacza nowości kinowych - zabolało szczególnie bardzo. Ostatni wieczór stał się dla mnie wielkim wyzwaniem. Nieoczekiwanie w moje ręce wpadł melodramat - pożądany i poszukiwany   od dłuższego czasu.  Odrzuciłam więc wszelkie obawy i spędziłam ponad dwie i pół godziny w towarzystwie utalentowanych aktorów, pożerając każdą kolejną minutę ekranizacji Wielkiego Gatsby'ego.

Ekstrawagancka

Gdy przyjrzymy się bliżej dorobkowi Baza Luhrmann'a, zrozumiemy jak bardzo jego ostatnie ekranowe dziecko sprostało oczekiwaniom ojca. Kolejny raz mamy możliwość ujrzeć romantyczną historię, która nie musi się przecież szczęśliwie zakończyć. Musical Moulin Rouge znany jest chyba każdemu, chociaż zapewne nie każdy go obejrzał. Z wielkim wstydem przyznaję, że udało mi się wychwycić tylko urywki przewijające się gdzieś w telewizji, jednakże zdecydowanie sięgnę po tę pozycję już w najbliższym czasie. Jest to w końcu gatunek filmowy, który kocha się całym sercem albo nienawidzi równie bardzo. Co ma więc wspólnego musical i Wielki Gatsby?
Zdecydowanie wiele i za to chwała dla pana Luhrmann'a. Pan ten przyczynił się do powstania obu filmów i nikt bowiem nie potrafi w tak nierealistyczny, barwny a zarazem zachwycający sposób ukazać nocne życia z czasów zbyt odległych byśmy mogli je pamiętać.
Jesteśmy przyzwyczajeni do czarno-białych wspomnień zamkniętych w pożółkłych zdjęciach i opowieści jakimi raczyli nas dziadkowie. Te dawne czasy śledzimy również w filmach, które dopiero dzisiaj za pomocą techniki ewoluują w kolorową projekcję. Czy nikt z was nie miał nigdy wrażenia, że kiedyś świat był nieco bardziej ponury, szary i wyblakły? Zawdzięczamy do właśnie filmom, które nie mogą pochwalić się wspaniałym zapleczem technicznym.

Tym razem reżyser oferuję nam nieco inną wersję kobiet - takich w wydaniu flapper girls i obraz słynnych amerykańskich samochodów. Inną, bo zdecydowanie barwniejszą i rozhukaną niczym imprezy w Moulin Rouge.
Uwagę każdego mężczyzny i fana motoryzacji przyciągnie zapewne eleganckie wydanie Duesenberga, modelu J, bo żaden człowiek nie przeszedłby obojętnie obok tego smukłego, eleganckiego auta o żółtej karoserii. Za kółkiem tego samochodu zasiądzie nie kto inny jak sam Gatsby - młody, nieziemsko przystojny milioner, słynący z wyprawiania hucznych imprez o których głośno w całym mieście.

W postać tego tajemniczego młodzieńca wciela się znany wszystkim Leonadro DiCaprio, dla którego rola w melodramacie jest przysłowiową 'bułką z masłem'.
Bohatera nie poznajemy jednak od razu i to również nie on opowiada nam swoją historię. Jest to opowieść Nicka Carraway'a, niedoszłego pisarza i pracownika Wall Street, który niechcący znajduje się w samym centrum nietypowych wydarzeń, co kończy się dla niego wizytą u psychiatry,..

Tak oto zaczyna się film, Nick Carraway (Tobey Maguire) cierpi na depresję a jedyną możliwością powrotu do zdrowia jest sposób jaki podsuwa mu lekarz - przelanie wspomnień i rozpaczliwej historii na cienkie kartki papieru by później zamienić je w popiół. Tylko tak może wyleczyć się z choroby.
Opowiada więc historię, która zaczyna się wraz z powrotem z I wojny światowej  do miasta marzeń - Nowego Yorku. Wprowadza się do niewielkiego domku na  Long Island, tuż przy ogromnej posiadłości należącej do niejakiego Jay'a Gatsby'ego. Na przeciwległym brzegu, w pięknej willi mieszka jego kuzynka - Daisy Buchanan. Urzęduje tam wraz z mężem, który okaże się z czasem niezwykłym draniem. Pewnego dnia Nick dostaje zaproszenie na jedną z hucznych imprez wyprawianych przez jego sąsiada. Okazuje się, że dostał je jako jedyny, gdyż na wieczorki u Gatsby'ego zjeżdżają się ludzie z całego miasta. Nikt jednak nie wie jak wygląda pan domu i z jakiej okazji organizuje tak wystawne przyjęcia. Nick doznaje zaszczytu poznania Gatsby'ego, co nieoczekiwanie owocuje przyjaźnią. Wszystko wiąże się jednak z prośbą, jaką milioner chce obarczyć swojego nowego druha. Pragnie bowiem spotkania przy herbacie z jego kuzynką, ale Nick nie podejrzewa, że spotkali się już oni przed 5 laty...


Wielki Gatsby zaserwował mi niezapomniany obraz lat dwudziestych iskrzący się kolorami niczym sklep z cukierkami. Przeżyłam pewnego rodzaju olśnienie i na nowo pokochałam Nowy York pozbawiony współczesnych udogodnień. Zagubiłam się gdzieś pomiędzy wizją przeszłości a przyszłości - bo obraz Baza Luhrmann'a może zdecydowanie kojarzyć się z gatunkiem science fiction, gdzie świat jest piękniejszy niż ten w którym żyjemy - błądziłam jednak z uśmiechem na twarzy. Wspaniałe kobiece fryzury o dziwacznych przycięciach, czyste i , barwne ulice Nowego Yorku roziskrzone karoseriami ekstrawaganckich samochodów, które teraz znajdują się jedynie w rękach prawdziwych pasjonatów.

Gdzieś w głębi żałuję, że to nie książka pierwsza trafiła w moje ręce. Mam jednak przeczucie, że skoro znalazła się już na półce to nie zawiedzie mnie i pokocham ją tak bardzo jak ekranizacje. 
Film spotkał się z falą krytyki spowodowanej  w szczególności nietuzinkowym doborem soundtracku. Połączenie Fergie oraz mężczyzn w pudrowych garniturach i słomkowych kanotierach to mieszaka wybuchowa. Kiedy jednak w tle pojawia się zawodzący głos Lany del Rey, a my czujemy się zaproszeni do wielkiej posiadłości pana Gatsby'ego - wtedy wiemy, że lepszego wyboru nie można było dokonać. Ja sama nucę piosenka 'Young and Beautiful' na każde wspomnienie filmu. Ekscentryczność utworów  jest w stanie przebić bajkowa kolorystyka, która przywodzi nam na myśl słodkie kalendarze z odzianymi w skromne gorseciki reprezentantkami stylu flapper girls.
Momentami zastanawiamy się co jest realne, a co powstało przy użyciu zielonego tła i zaawansowanej techniki. Właśnie to stało się również powodem do krytyki i porównań z musicalem Moulin Rouge czy nową wersją Romea i Julii. Taką cenę trzeba zapłacić za zapierające dech w piersiach ujęcie Leonadro DiCaprio na tle nieba nieroziskrzonego najwspanialszymi fajerwerkami czy za sceny imprez, gdzie szampan leje się do nieskończonej ilości kieliszków, powabne tancerki tańczą na wysokich podestach, leżaki oblegają piękne kobiety odziane w charakterystyczne dla tych czasów stroje kąpielowe a konfetti spływa z dachu niczym deszcz. 
Czy to wszystko powinno znaleźć się w melodramacie? Gdzie jest miejsce na dramat, płacz i rozpacz po utraconej miłości? Wszystko to przewija się się w tym świecie bogactwa i urodzaju. Jest to bowiem historia o niespełnionej miłości i tęsknocie za wystawnym życiem. Odkrywamy cel jakim kierował się Gatsby i dlaczego tak młody mężczyzna stał się posiadaczem  wielkiej fortuny. Poznamy również znaczenie miłość w tych czasach urodzaju...


Nie od dziś wiadomo, że 'pieniądze szczęścia nie dają' i że 'miłości nie da się kupić'. Stare powiedzonka przekazywane z pokolenia na pokolenie są proste a tak życiowe. Jay Gatsby stara się złamać tę zasadę, bo tylko tak może zdobyć najdroższą mu kobietę. Skutki będę o tyle tragiczne, że to nie żądza pieniędzy a ślepa miłość pochłonie więcej niż jedno istnienie.

Słowa piosenki, która przewija się niejednokrotnie podczas widowiskowego seansu brzmią nie inaczej jak ''Czy wciąż będziesz mnie kochał, kiedy nie będę miała już nic oprócz zmęczonej duszy?''. Możemy je uznać za idealną kwintesencję miłości otulonej pieniędzmi i jako doskonałe podsumowanie filmu. Po jego obejrzeniu na myśl nasunęły mi się dwie inne produkcje, do których pałam podobną miłością - Śniadanie u Tiffany'ego i Słomiany Wdowiec. Po raz kolejny bowiem to gra aktorska igrała z moimi uczuciami, stylistyka wprowadziła pewnego rodzaju błogi spokój a zakończenie pozwoliło uronić łezkę. Zrozumiałam również, że dobry film to taki, który pozostawi po sobie coś więcej niż mokrą chusteczkę czy ból brzucha wywołany gromkim śmiechem. Będzie on zaprzątał moje myśli kolejnego dnia... i następnego. Tak już będzie zawsze, bo zrobi wszystko, by już nigdy nie zostać zapomnianym.